Zodiakalny rak kontra rak prostaty
#1
Moja „przygoda z rakiem prostaty” zaczęła się w sposób bardzo odbiegający od innych przypadków, aby później stać się historią, jak u innych tzw. prostatyków.  Ale zacznę od przedstawienia się. 

Obecnie mam 54 lata (w chwili pisania tej historii), jestem tytułowym zodiakalnym rakiem, od 30 lat jestem szczęśliwym mężem i ojcem czwórki synów. 
W ubiegłym roku zostałem dziadkiem. Pracuję jako automatyk w dużym zakładzie chemicznym. Nie są to warunki prozdrowotne,  tym bardziej ze względu na występowanie w zakładzie substancji rakotwórczych. No cóż, nie każdy może sobie szukać pracy w lepszych warunkach.
Co roku przechodzę przez obowiązkowe badania lekarskie, w tym rozległą morfologię. To nie pomogło we wczesnym rozpoznaniu RGK (raka gruczołu krokowego), gdyż w pakiecie badań nie ma badania PSA.

Pierwsze dwa badania PSA, które sobie samemu zleciłem i opłaciłem tj. w 2009 (3,6ng/ml) i 2010 (4,7 ng/ml) powędrowały do szuflady, bez zwrócenia na nie należytej uwagi. 
Pytacie się, dlaczego tak się stało?
No to odpowiadam, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, że ja, który doskonale się czuje i nie ma żadnych problemów z układem moczowo-płciowym, mogę mieć raka prostaty. Również dlatego, że to nie lekarz mnie kierował, tylko moja ciekawość (nie wiem, czy to właściwe słowo) czy może zdrowy rozsądek przegrał w starciu z zaniechaniem. Sam, z perspektywy czasu oceniam to bardzo krytycznie.
Kolejne badanie PSA zrobiłem dopiero we wrześniu 2013 roku i wynik (13,31 ng/ml) nie tylko postawił mnie na baczność, ale i zmusił do szybkiego i zdecydowanego działania. 
Nastąpiła pierwsza w życiu wizyta u urologa, pierwsze badanie per rectum i na podstawie wysokiego PSA, decyzja o przeprowadzeniu biopsji.
Wynik biopsji dwunastoigłowej był jednoznaczny - MAM RAKA, a po łacinie wyglądało to tak: Prostatic carcinoma Gleason 2+2=4/10 w jednym z bioptatów).
Wynik histopatologiczny tak tajemniczo złowieszczy, ale jednocześnie dający nadzieję na pokonanie CaP-a (niski Gleason, jeden trafiony bioptat na 12 pobranych).

[Obrazek: lqLGkHN.jpg?1]
Taki "wyrok" otrzymałem do ręki

Taka diagnoza może powalić nawet najsilniejszego. Tym bardziej odbierana na kartce papieru, gdzieś w sekretariacie szpitala, czy rejestracji przychodni urologicznej. Często wręczana do ręki bez możliwości kontaktu z lekarzem. Lekarzem który powinien powiedzieć, co znaczy ten wynik diagnozy, jakie niesie konsekwencje i co robić dalej. Nie wspomnę o kontakcie z psychologiem onkologicznym, bo to praktycznie nie istnieje w większości przypadków.  
Mnie na szczęście ta tragiczna diagnoza nie powaliła! Może to kwestia wiary? Wiary w litościwego Boga i dobrych ludzi. Miałem to szczęście, że udało mi się tego dnia doczekać  spotkania z lekarzem. Wcześniej, dzięki wiedzy zaczerpniętej z internetu, coś już wiedziałem, a lekarz coś tam dołożył od siebie. Wielkie znaczenia miało wsparcie żony. Nie wpadła w rozpacz, nie biadoliła, tylko wsparła mnie w moich dalszych poczynaniach. Razem jest łatwiej!
 
Fakt, że w nasze normalne rodzinno-zawodowe życie wkradł się intruz. Praktycznie nie było chwili, abym o "swoim raku" zapomniał. Towarzyszył mi podczas jedzenia, leżenia w łóżku, czy nawet podczas kibicowania na meczach koszykówki. Czułem, jego obecność w każdej chwili. To był ten "mój rak" który mi towarzyszył w każdym dniu i o każdej porze. To często pomijany aspekt choroby nowotworowej. Koncentrujemy się na ciele, a pomijamy aspekt jego oddziaływania na psychikę.
To straszne, ale chyba żadna inna choroba nie włazi z butami, tak odczuwalnie w twoje życie. On włazi w życie całej twojej rodziny. Zaczyna się rozdział "Życie i walka z rakiem" Nie każdy jest w stanie sobie z tym poradzić. Ja na szczęście dałem radę. Moja najbliższa rodzina również dała radę, ale przyznam się, że nie wszyscy dalsi krewni wiedzieli i wiedzą o mojej walce z rakiem. To nie chodzi o temat tabu. To raczej decyzja, aby nie szukać bezsensownej litości, czy nie narażać się na dziwne relacji zdrowych z "zaraczonym". Często w tym okresie wcześniejsze dobre relacji rodzinne, czy towarzyskie nie przetrwają próby. No cóż, są tacy co myślą, że rakiem można się zarazić. To trudny czas, ale jedno jest pewne, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Wracam do najważniejszego, czyli do mojej historii walki z CaP-em.

Dzięki pomocy wielu dobrych osób z forum Gladiatora, gdzie trafiam w dniu odebrania wyniku biopsji, nie tylko dobrze poznałem wroga, ale dostałem wiele pozytywnej energii i wsparcia. Dzięki podpowiedziom i radom tych wspaniałych PRZYJACIÓŁ, pod koniec 2013 roku zostaję pacjentem oddziału urologii bydgoskiego CO.
Tam też zostają wykonane dalsze badania krwi, MRI oraz scyntygrafia, które również napawają optymizmem (nowotwór ograniczony do gruczołu, brak cech przerzutu). Każda wizyta w CO to obserwacja tej niesamowitej ilości ludzi i działania systemu zdrowia. W wydaniu bydgoskim robiło to wrażenie dość dobrze działającego mechanizmu. Oczywiście były kolejki, były opóźnienia, ale gdzie ich nie ma. 
Konsultacja anestezjologiczna była już ostatnim elementem i wystarczyło odliczać czas do terminu operacji. Ten czas wykorzystałem na poprawę kondycji, utratę niepotrzebnych kilogramów i na to co po operacji mogło być już tylko wspomnieniem. 

W marcu 2014 roku trafiłem na stół operacyjny w bydgoskim CO i zostałem poddany prostatektomii z dostępu załonowego z oszczędzeniem jednej z dwóch wiązek naczyniowo-nerwowych. Wykonana została limfadenektomia obejmująca 12 węzłów miedniczych.

[Obrazek: zVppJbR.jpg?1]
Zdjęcie zrobione dzień przed operacją

Dzięki znakomitemu operatorowi i równie wspaniałemu personelowi ze szpitala, wychodzę bez cewnika, z doskonałym wynikiem trzymania moczu, i z dobrym samopoczuciem. Sprzyjał temu pooperacyjny wynik histopatologiczny – Gleason 3+3=6/10, TNM pT2c N0, marginesy cięć chirurgicznych czyste.

[Obrazek: 1IvE1N1.jpg?1]
Tak wygląda zszyta rana po prostatektomii. 

Okres spędzony w bydgoskim szpitalu, to również wiele godzin rozmów z chorymi, to szczere do bólu rozmowy i nowe przyjaźnie. 
To czas, który wspominam bardzo pozytywnie. Myślę, że sprzyjała temu wspaniała atmosfera w CO, moje dobre samopoczucie, oraz wiara w sukces współpracującego ze sobą duetu lekarz-pacjent. Tak, to prawda. Byłem słuchającym się pacjentem. Kazali pić dużo wody, to piłem i pięknie wypełniałem worek na mocz. Kazali wstawać z łóżka i chodzić , to chodziłem. Może to słuchanie się, może moja forma pomogła, ale wszystko poszło w całkiem pięknym stylu. Gdy przyszedł czas rozstania z cewnikiem, to okazało się, że nie przeciekam i w pełni panuję nad mikcją.
Ze szpitala wyszedłem po ośmiu dobach od operacji. Wyszedłem bez szwów, ale za to szczelny i pełny optymizmu.

Trochę zamieszania w mojej głowie wywołał pooperacyjny wynik PSA (0,028 ng/ml,) wykonany trzy miesiące po operacji. Wzbudził mój (mojego lekarza również) uzasadniony niepokój. Zaczęło się główkowanie i szukanie przyczyny. Za tym poszło szukanie odpowiedzi w zbadaniu jakości usług laboratoriów wykonujących pomiary PSA. Wniosek: trzeba zdać się na jedno laboratorium, najlepiej takie,  które ma umowę z centrami onkologii i posiadające odpowiednie certyfikaty.  
Na szczęście kolejne badania przyniosły rewelacyjny, czyli nieoznaczalny (PSA <0,002 ng/ml) wynik, który utrzymuje się do dziś.

Okres poszpitalny przebiegł bez jakichkolwiek problemów i po czterech miesiącach mogłem wrócić do pracy fizycznej. Na jesieni mogłem w dobrej formie pokonywać kolejne górskie trasy i cieszyć się dobrą formą.

[Obrazek: IfMvr2v.jpg?1]
Bieszczady, 6 miesięcy od operacji.

Po trzech miesiącach od RP lekarz urolog wprowadził farmakologiczne leczenie zaburzeń erekcji (Cialis, Sildenafil), ale równo w rok od operacji odstawiłem leki i cieszę się tym, co mam (w mojej ocenie 80% sprawności z przed zabiegu).

Z tytułu bardzo dobrego wyniku PSA (nieoznaczalnego), co pół roku jestem gościem prowadzącego lekarza urologa. Prawdopodobnie po następnej wizycie (w marcu miną 2 lata po RP) kontrole będą tylko raz w roku.

Jedynym wspomnieniem po prostatektomii jest blizna, oraz przypadkowo odkryty podczas rutynowego badania USG zbiornik zalegającej chłonki (w okolicy pęcherza).
Aktualnie zb. chłonki uległ częściowemu wchłonięciu i miejmy nadzieję, że zniknie w sposób całkowity.

Przez wielu przyjaciół „naszej doli i niedoli” jestem nazywany symulantem       
Cieszy mnie to i chciałbym, żeby tak trwało nadal. Staram się żyć aktywnie, z bólem serca musiałem ograniczyć jazdę rowerem, ale nie ograniczyłem wędrówek po polskich górach. Jak wcześniej wspomniałem, mam czterech synów. Chciałbym, aby ich RGK ominął. Oczywiście zadbam, aby - gdy przyjdzie na to pora - robili badania. Ma to wielkie znaczenie, gdy w rodzinie rak prostaty występuje. Tu trzeba być czujnym! Mam też nadzieję, że kiedyś pojawi się skuteczna terapia, która powstrzyma plagę nowotworów u pacjentów coraz młodszych.      

Nie mogę nie wspomnieć, że staram się, to, co otrzymałem od innych, przekazać dalej i chętnie dzielę się swoim doświadczeniem z innymi. Po to założyłem swoje konto nie tylko na tym forum. Choroba nowotworowa otworzyła mi nowe perspektywy widzenia życia.
Ta choroba nie tylko mnie okaleczyła... ale jednocześnie pozwoliła poznać wspaniałych ludzi, nawiązać nowe, jakże trwałe sympatie i zostać członkiem naszej wspólnoty. 
 
Oczywiście wolałbym, aby to wszystko odbyło się w innych "okolicznościach przyrody". To jasne, ale niestety nie udało się.  
Nie da się ukryć, że to zawdzięczam temu skubańcowi!

Armands

Uwaga Moderatora:
Historia Armandsa zaczęła się może nietypowo, ale kończy się jak najbardziej typowo, czyli wyleczeniem.
Zgodnie z nomogramem SCC, nowotwór uchwycony w tym stadium i zoperowany, to 95% prawdopodobieństwo braku wznowy w ciągu 10 lat, i 98% prawdopodobieństwo przeżycia ponad 15 lat.


07.03.2016, 

Mógłbym napisać, że te dwa lata minęły jak z bicza strzelił, ale nie byłaby to prawda. Te dwa lata od mojej prostatektomii, to czas jakże bogaty w emocje, oczekiwania, huśtawki nastroju i przemyślenia o przyszłości. Nie będę o tym pisać, bo każdy z nas przez to przechodzi(ł) i wiecie najlepiej o czym piszę. 

W takim razie przejdźmy do faktów.
No cóż, potwierdziło się, że jestem symulantem [Obrazek: smile.png]
PSA ponownie poniżej progu wykrywalności aparatu (<0,002 ng/ml). Niespodzianką (ale nie do końca, bo niedawno robiłem USG i obraz nie kłamał) jest całkowite wchłonięcie zbiornika limfy. Warto było poczekać i wykluczyć potrzebę zabiegu chirurgicznego.
Dziś też miałem marną przyjemność gościć w sobie palec urologa  [Obrazek: blush.png]  
Czy doktor szuka prostaty? - takie zadałem pytanie. Okazało się, że doktor bada miejsce po prostacie i ma to duże znaczenie w rokowaniach po prostatektomii. Gładka blizna, "to dobra blizna" i tak jest w moim przypadku.
 
Reszta wyników również mieści w zakresie referencyjnym i te wszystkie czynniki zadecydowały o wyznaczeniu kolejnej wizyty kontrolnej... w marcu 2017 roku.
Oczywiście nie mam zamiaru ściemniać, że wcześniej nie zrobię badania PSA. Zrobię, ale za pół roku! Do tego czasu robię sobie urlop od PSA.
Chyba zasłużyłem?

Armands

PS. Mógłbym dziś świętować, ale dzisiejszy dzień w Centrum Onkologii nie dotyczył tylko mnie. Razem z żoną towarzyszyliśmy w CO mojej mamie. Mama zaczęła siódmy rok walki z czerniakiem i zaczęła ten rok od kolejnego zabiegu operacyjnego. Kolejny raz lekarz stara się wyciąć wyrastający jak grzyb po deszczu guzek przerzutowy, ale w tym wyścigu chirurg jest daleko w tyle za nowotworem. 

Niestety przypadek mamy nie napawa optymizmem. No cóż, takie życie. Armands na wozie, mama pod wozem 
Ale z drugiej strony patrząc, to siódmy rok dany jej od Pana B. Jak tu narzekać? Mama nie narzeka i nie daje się czerniakowi. Co mam w zamian? Ano ma. Tydzień temu gratulowała magistra wnukowi, a kilka dni temu została kolejny raz prababcią. Czy warto znosić ten ból fizyczny i uczucie, że wiecznie nie będzie to trwało?
Znając mamę, wiem co odpowie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

11.08.2016,

Dziś się zapisałem na wizytę u mojego urologa. Będzie to wizyta w poniedziałek 13 marca 2017 roku, czyli w trzy lata i jeden dzień od operacji.
Nie tak późno, tylko tak akuratnie i zgodnie z planem
Nie to, żebym tęsknił, bo w ostatnim czasie kilka razy byłem tu z mamą, ale coś mi po główce chodzi i we wrześniu zrobię sobie badane PSA (po 30 miesiącach od RP). 

PS.
Mama ze swoim czerniakiem była na konsultacji w Wielkopolskim Centrum Onkologii i już niedługo będzie miała wykonaną TK całego ciała. 
Niestety zlecone badanie genetyczne pobranego 7 lat temu wycinka nowotworu wykluczyło mutację w genie BRAF, a tym samym zamknęło drogę do leczenia za pomocą Vemurafenibu. Czyli pozostaje dalsze leczenie chirurgiczne, ale już poza ambulatorium, oraz... tfu... tfu... chemia.
No cóż, nie załamujemy się i walczymy dalej.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

12.09.2016, 

Cytat:...ale coś mi po główce chodzi i we wrześniu zrobię sobie badane PSA (po 30 miesiącach od RP). 

Tak jak sobie zaplanowałem 11 sierpnia, tak dziś zrobiłem. 

Po 30 miesiącach od PR wynik PSA to 0,002 ng/ml

Mimo wszystko jest ulga na kolejne 6 miesięcy... a może i na dłużej  [Obrazek: cool.png]

Niestety nigdy nie jest tak, aby było wszystko super. Od kilku dni wróciła do mnie arytmia serca. Ponad rok temu bez żalu ją pożegnałem i miałem nadzieję, że bezpowrotnie. Przeliczyłem się, wróciła i uprzykrza szczególnie noce. Budzę się i czuję rozdygotanie i niepokój. W dzień nie jest źle, ale ciśnienie (leci w dół) i puls wariuje.
Łapałem się myśli, że to przez te upały, że mam zachwianie elektrolitów w krwi, ale zrobiłem badanie potasu, sodu, magnezu i wapnia i wszystko jest w normie (w górnych granicach normy). Ela mówi mi, że to przez nerwy. Może ma rację.
Chyba wrócę do tabletek (Nebilet) i trzeba będzie oddać się w opiekę poznańskich specjalistów z Poradni Zaburzeń Rytmu Serca na ulicy Długiej.

Ten Poznań robi mi się coraz bardziej znany. Szczególnie od strony służby zdrowia. Mama już za tydzień (na to wygląda, że zdążymy wszystko sformalizować) zacznie przyjmować lek na czerniaka. 
Z WCO skierowali ją do Oddziału Onkologii Klinicznej i Doświadczalnej w szpitalu na Grunwaldzkiej. Trafiła do samego szefa oddziału dr. Jacka Mackiewicza.
Myślę, że dobrze trafiła.

http://www.gloswielkopolski.pl/wiadomosc...,10424100/ 

To tyle o mnie i ... mamie.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

13.09.2016,

Przez kolejne pół roku będę milczał i nie denerwował wynikiem

Może to moje rozdygotane serce wyrywa się w góry. Plan wyjazdu legł w gruzach... ale siła wyższa. 
Może za rok górki będą piękniejsze, a warunki pogodowe równie atrakcyjne jak aktualnie.
A na poważnie, to chyba pora na doktora.

13.09.2016,

Lekarz zasugerował stopniowe zmniejszanie dawki leku (Nebilet) i odstawienie po kilku tygodniach, co też zrobiłem.
Czułem się dobrze do poprzedniego tygodnia. Lekarz kazał pojawić się gdyby był powód.
Arytmia jak najbardziej nabyta ok. 2010 roku, ale ma ją mama, ma też brat, czyli coś rodzinnego (wrodzonego) może i jest.
Jutro zadzwonię i sprawdzę terminy w Poznaniu, może odpłatnie zrobię Holtera i będzie jakaś wiedza.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

13.03.2017,

PS(i)A krew   oddana... teraz tylko pozostało czekać na przedwieczorną wizytę u urologa.
Wczoraj minęły 3 latka od RP... czyli dziś zaczynam czwarty roczek. Oby bez niemiłych niespodzianek...

cdn

13.03.2017,


Nic się nie zmieniło i znów jest <0,002 mg/ml
Doktor spytał o erekcje i otrzymał odpowiedz  [Obrazek: rolleyes.png]
Następna wizyta za rok.

I to by było na tyle...

... a nie, bo jeszcze coś...

Miły doktor, wydobył z systemu wynik histopatologiczny pierwszej wyciętej zmiany i już wiem, że to coś, co miałem na udzie, to: Lentigo simplex. Excisio completa (Plama soczewicowata prosta, usunięto w całości), czyli nic złośliwego, ale klinicznie podejrzanego. Teraz do 27 marca (wizyta u chirurga) będę spać spokojnie.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Marzec 2017 - krótkie podsumowanie i kilka refleksji.

Minął trzeci rok od prostatektomii i nie zaprzeczę, że emocje towarzyszące badaniu PSA były. Były i dały o sobie znać, bo nawet w mojej sytuacji, pokora wobec przeciwnika musi być.
Na szczęście nic nie zakłóciło wybranego sposobu leczenia, a raczej, jak pokazują dotychczasowe wyniki, skutecznej metody pozbycia się intruza.
Mam teraz sporo satysfakcji, wiele nadziei na przyszłość i zwyczajnej ludzkiej radości.
Satysfakcji z wybranej drogi (z pomocą przyjaciół z FG, oraz tych, którzy obecnie są tu z nami). Satysfakcji z wyboru operatora i powierzenia mu swojego losu. Operator nie odmówił, zakasał rękawy i nie wybrzydzając na otrzymane wyniki wziął się do roboty. 
Rachu...ciachu... i wyciął wszystko, co było do wycięcia, a zostawił to, co mógł zostawić. Dzięki temu zaliczam się do garstki szczęśliwców, którzy na pytanie - czy pan jeszcze może?... odpowiedzą... tak, mogę!
Na początku nie było to takie oczywiste. Na dobrą sprawę, to tylko mogłem domyślać się, że wiązka (wiązki) zostały oszczędzone.
Równo w rok po operacji coś zadziałało i działa nadal. Działa bez farmakologii i to jest cud. Podobno tylko ok. 5% facetów po RP to doświadcza. 
Tym bardziej mam satysfakcję, że trafiłem do dr. J S.

Ale przecież mogło być całkiem inaczej. 
Kilka dni temu pochowano mojego znajomego. Inny (również mój rówieśnik) jest w zdecydowanie gorszej sytuacji wyjściowej (PSA>80 ng/ml). 
Ja nic niepokojącego wcześniej (przed wrześniem 2013) nie odczuwałem, a moja wiedza o RGK była zerowa. Na szczęście dzwonek ostrzegawczy w głowie zadzwonił i wybawił mnie z wielkiej opresji. Może to Anioł Stróż? Nie ważne, kto czy co, ale ważne, że w ostatnim dobrym momencie.
 
Wczoraj siedząc w kolejce do urologa i czekając na swoją kolej sporo rozmawiałem z innymi pacjentami. Wielu nadal nie zna podstaw tej choroby. Jedyne co czują, to panika. To nie da się ukryć. Trudno w kilkanaście minut uświadomić ich sytuację, a i specyfika rozmów z facetami jest skomplikowana. Uciekają gdzieś w bok i nie dziwię się, że często sprawy w swoje ręce biorą żony, czy córki.
Część wspomina o wstydzie przed badaniem, a później, to tylko kostuchę witać.

Niestety próba rzucenia im haczyka z przynętą - jest takie, czy inne FORUM, na którym możesz znaleźć pomoc - nie skutkuje. To często ludzie bez internetu, czy znajomości podstaw obsługi komputera. O młodszych nie wspomnę, bo oni raczej siedzą gdzieś z boku. Ciężko ich podejść. Wolą zajrzeć od czasu do czasu na korytarz, zobaczyć jak przesuwa się kolejka i znikają na fajkę, czy posiedzieć w aucie.
Obawiam się, że tacy jak my, to jesteśmy samym wierzchołkiem góry lodowej... i to bardzo ostro zakończonym. Takie są niestety realia. jak to wygląda od strony pacjenta? 
Ano tak: wchodzę do gabinetu, wysłuchuję co lekarz mówi, o nic nie pytam, bo głupi jestem, biorę skierowanie, czy receptę i idę do domu i po drodze kombinując, co kobiecie powiem. Najlepiej nic, albo, że jest tak źle, że nic nie warto robić. Pewno nie uwierzy i da mi spokój.
Tak to wygląda... oczywiście, to moje odczucie i mogę się mylić. Ale chyba nie, bo jak czytam, o co wciąż pytają pacjenci, czy częściej ich bliscy na forach czy w realu, to albo lekarz gada tylko po łacinie, albo strach zatyka uszy i blokuje umysł.

No dobra... koniec biadolenia. Moja historia trwa i musi trwać. Nawet pozwoliłem sobie zrobić kalkulację na nomogramie pacjenta dotkniętego RGK.
Wyszło całkiem fajnie i cieszę się, że tak wyszło. Ukłony dla mrakada za czytelna instrukcję do kalkulatora. Świetna robota!

[Obrazek: 3HL3wmd.png]

Tym to akcentem kończę aktualizację mojej historii i jeszcze raz podkreślam - Panowie, kontrolujcie swoje PSA i nie unikajcie pogłębiania wiedzy o RGK.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

25.04.2017,

    Dziś raniutko odwiedziłem Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Po trzech latach od RP to moja pierwsza wizyta w mieście nad Brdą i w CO.
Zaskoczenie totalne, bo szpetny, doprowadzony do ruiny dworzec Bydgoszcz Wschód zamienił w się w węzeł kolejowo-tramwajowy. 
Tego trzy lata temu nie było, a dziś śmignęłam tramwajem z bydgoskiej Pesy w pobliże CO.
    Korzystając z oczekiwania na wypożyczenie bloczków parafinowych z guza pierwotnego mojej mamy (materiał będzie badany w Szpitalu Klinicznym w Poznaniu) odwiedziłem szpitalną kaplicę i zostawiłem wypełnioną prośbę o modlitwę dla pacjentów i ich wspierających z naszego forum, czyli nas wszystkich.
    Później poszedłem odwiedzić oddział urologii i miałem okazję porozmawiać z moim operatorem. Wyściskałem doktora J. S. i pochwaliłem się swoją sytuacją. 
O dziwo, gdy przypomniałem mu swoje nazwisko, to powiedział, że mnie pamięta. Mam nadzieję, że nie była to kurtuazja.
Korzystając z wolnego czasu odwiedziłem stare i nowe zakamarki, czyli budynek polikliniki, gdzie mieszczą się przychodnie. Teraz jest tu nowocześnie, a co najważniejsze czysto i przestrzennie. Nie ma ścisku i brakujących miejsc siedzących jak jeszcze trzy lata temu. Widać rozwój i rękę dobrego gospodarza.
Niestety, był pewien zgrzyt, bo okazało się, że bloczki gdzieś się zawieruszyły... a nawet było podejrzenie, że zostały wcześniej wypożyczone. Tylko przez kogo???
Oczywiście nie dałem sobie narzucić takiego sposobu załatwienia sprawy i po trzech godzinach wykonano nowe bloczki. Mam nadzieję, że materiał pochodzi z podudzia mojej mamy.
Wolny czas wykorzystałem na wypad do miasta, a po otrzymaniu nowo wykonanych preparatów odwiedziłem szpitalną restaurację Fantazję.
Nadal to klasa nie do podrobienia w innych szpitalach w całym kraju... jedzonko dobre, wybór zaskakujący, czysto i sympatycznie. 
Ciasta na deser sobie nie żałowałem [Obrazek: biggrin.png] 
Brakowało tylko czerwonego wytrawnego [Obrazek: wink.png]  
Po obiadku przejazd tramwajem z przesiadką do pociągu... też produkcji bydgoskiej Pesy i po 2 godzinach domek.

Bardzo sympatyczny dzień

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

25.04.2018 

Dzisiaj byłem w lokalnej filii CO na wizycie podsumowującej 4 lata po prostatektomii... a dokładnie to 4 lata i ponad miesiąc.
Wizyta krótka, sprowadzona do minimum, bo doktor wyszukał w systemie wyniku wczorajszego badania PSA i to przesądziło o dalszym etapie wizyty.

[Obrazek: klwzhgW.jpg?1]

Rutynowe pytanie o samopoczucie i moja odpowiedz - całkiem dobrze... i zaopatrzony w wydruk z wynikami i skierowaniem na badania (za rok) opuszczam gabinet. 
Oczywiście tak krótka wizyta wywołała aplauz czekających w kolejce, bo normą są kilkunastominutowe ( i dłuższe) wizyty u urologa.
Ale zasadniczo jest tu spokojniej niż kilka lat temu. Zniknął gęsty tłumek na korytarzu, a pacjenci przychodzą na swoją, wcześniej określoną w przybliżeniu godzinę, a do gabinetu wchodzą według listy wyświetlanej na ekranie monitora.

[Obrazek: UfMSjoQ.jpg?1]

Naprawdę to wygoda dla pacjentów i o ile ktoś nie oszuka (podszyje się pod czyjś numer ID), to działa to w sposób pozytywny. Tylko to wieczne gapienie się w ekran jest trochę dziwne mruganie, puszczanie oczka

No to chyba wszystko... czas trochę świętować mruganie, puszczanie oczka

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

13.03.2019 ( 5 lat od prostatektomii)

Minęło sporo czasu od ostatniego badania PSA i wizyty w przychodni onkologicznej. Wytrzymałem te 11 miesięcy bez kontroli markera, ale dziś trochę emocji było. Trochę lekarz się spóźnił, ale w kolejce spotkałem kolegę, który boryka się z problemem pęcherza i trochę sobie pogadaliśmy.
Później poszło szybko... krótkie przypomnienie choroby, osoby operatora i informacja o wyniku PSA. Bo to najistotniejsze... bynajmniej dla mnie.

[Obrazek: HQvb2HZ.jpg?1]

Teraz już na spokojnie szybkie USG, rozmowa o erekcji, pracy, samopoczuciu.
Na moje pytanie - czy system uznał mnie za wyleczonego, bo minęło 5 lat o RP i wynik nieoznaczalny, doktor odparł - spotkajmy się za dwa lata -
... i wydrukował skierowanie na badania.
Później tylko pożegnanie i do domku.
No to tyle. 

Zapomniałbym o telefonie do żony... musiał być i był pełny radości. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

10 marca 2021 (siedem lat od RP)

Brad Pitt był siedem lat w Tybecie, a mi stuknęło siedem lat od operacji RP w Bydgoszczy. 
PSA na poziomie 0,007 ng/ml, ale to po zeszłorocznych perturbacjach (pisałem o tym na moim wątku) nie robi różnicy. 
Reszta w normie... no może lepiej niż w normie. 
Najważniejsze, że nadal jestem w systemie leczenia CO w Bydgoszczy i za rok czeka mnie powtórka, czyli badanie krwi i wizyta u urologa.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rocznik 1961
PSA WYJŚCIOWE: 09.2013 13,31 ng/ml
BIOPSJA: 10.2013 Prostatic carcinoma GS 2+2=4
PROSTATEKTOMIA RADYKALNA (klasyczna): 03.2014 w CO Bydgoszcz. Operator dr. Jerzy Siekiera.
Badanie po RP: GS 3+3=6 pT2c N0
PSA po RP: po 3 mieś. 0,028 ng/ml, od 6 m. do 6 lat od RP <0,002 ng/ml.
W ostatnim badaniu (7 latach od RP) 0,007 ng/ml
Moja historia
Wątek poboczny 

Módl się o najlepsze, przygotuj się na najgorsze.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości