Cześć,
melduję się kolejna na forum żona młodego, bo czterdziestoletniego, faceta z rakiem prostaty.
Poniżej nasza historia:
W 2020 roku mąż często oddawał mocz, a że jest wyczulony na punkcie zdrowia poszedł do urologa, który zlecił PSA. Wyszło nieco ponad 2 i lekarz uspokajał, że to stan zapalny, szczególnie, że mąż miał wtedy 35 lat.
W 2024 podczas przeglądu zdrowia, który mamy w pakiecie w luxmedzie, mąż miał badane PSA (jest wśród badań do wykonania), które znowu wyszło podwyższone (2,77). Po raz kolejny lekarz wskazał na stan zapalny, ale mąż uparł się, żeby wykonać rezonans. W rezonansie było czysto.
10.2025 kolejny przegląd zdrowia i PSA już wyższe:
PSA 3,51 [b]ng/ml[/b]
fPSA/PSA 16%
PSA wolny 0,56 ng/ml
Rezonans w listopadzie 2025 z następującym wynikiem:
Lekarz stwierdził, że mąż jest młody, a wynik nie jest konkluzywny, więc można poczekać z pół roku. Ale mąż na szczęście wolał to sprawdzić. Założył kartę DILO, żeby wykonać biopsję. Przed biopsją powtórzył jeszcze PSA i wynosiło wtedy 3,13 (02.2026). 4 lutego miał wykonaną biopsję fuzyjną przezkroczową w Warszawie w Szpitalu św. Elżbiety, bo we Wrocławiu na NFZ nie było tak szybkich terminów. Wynik biopsji następujący:
Pomijając nowotwór (który szczególnie dla mnie był dużym zaskoczeniem, bo jakoś we mnie zawsze jest optymizm, a mąż z tych martwiących się na zapas, więc ja byłam przekonana, że wyjdzie jakieś zapalenie), to męża niepokoi, że jest zmiana w miejscu, które nie było wskazane w rezonansie, czyli jakby rozwój raka był bardzo szybki, bo różnica między rezonansem, a biopsją to niecałe 3 miesiące. Z drugiej strony jesli PSA podniesione jest od 6 lat, to wydaje się, że trochę trwał rozwój tego raka. Ale być może PSA było podniesione z innego powodu - nie jestem specem, ale tak sobie rozkminiam.
W każdym razie nie chcieliśmy snuć domysłów, tylko jak najszybciej skonsultować się z lekarzem, więc mąż udał się na wizytę prywatną do jednego z polecanych we Wrocławiu (jestesmy z Wrocławia, więc tak bylo najłatwiej i najszybciej) urologów (dr Tuchandler). Lekarz stwierdził, że biorąc pod uwagę stan psychiczny męża zaleca wycięcie raka, bo mąż wykończy się na serce z nerwów. Powiedział, że rak w tak młodym wieku może być agresywniejszy i też, że może mieć podłoże genetyczne, co dodatkowo nas zestresowało, bo mamy córkę, która te geny mogła otrzymać.
Ten lekarz nie wykonuje prostatektomi, więc zadzwonił do swojego kolegi ordynatora urologii ze Szpitala Wojskowego, dr Krzysztofa Ratajczaka, żeby ten przyjął męża jak najszybciej. W poniedziałek mąż ma wizytę.
Dodatkowo koleżanka polecała nam dr P. Salwę, więc mąż jest umówiony na wizytę na 6.03. Ale po przeczytaniu kilku wątków tego forum, mam wątpliwości czy to dobry ruch i rozważamy czy nie zrezygnować z tego lekarza. Dodatkowo koszt operacji jest bardzo wysoki i dalibyśmy radę go ponieść, ale byłby to dla nas bardzo znaczący ubytek w budżecie. Ale jeśli trzeba by było, to byśmy to ogarnęli. W każdym razie pełna pochwał strona tego lekarza nie do końca mnie również przekonuje i gdyby nie koleżanka, która bardzo polecała dr mówiąc, że jest najlepszy w PL, to pewnie byśmy go nie rozważali.
W każdym razie teraz pytania, bo czujemy się jak dzieci we mgle, mąż nie chce nic czytać, bo go to dodatkowo stresuje (dlatego też ja się tutaj uzewnętrzniam), a ja czytam dużo, bo z tego wszystkiego spać nie mogę i już sama nie wiem co robić:
1. Czy warto zrobić prywatnie badania genetyczne przed wizytą u lekarzy - będziemy chcieli wiedzieć czy to może być genetyczne ze względu na córkę, ale czy wskazane byłoby zrobić takie badanie jak najszybciej, bo to może mieć wpływ na leczenie?
2. Mąż nie rozważa innej opcji niż wycięcie "dziada" - czy teraz najlepszą opcją jest operacja robotem czy warto też rozważyć klasyczne podejście?
3. Jak długo czeka się na operację robotem da vinci na NFZ? Domyślam się, że to zalezy od miejsca, ale czy są takie gdzie lekarze mają już dosyć dobre doświadczenie, a terminy to nie jest pół roku tylko raczej tygodnie? Dla nas miejsce nie ma znaczenia, bo jak trzeba to wszędzie dojedziemy, aczkolwiek im bliżej Wrocławia tym pewnie lepiej. Jak mąż próbował prywatnie dostać się do urologów polecanych we Wrocławiu, którzy pracują również w szpitalach to najwcześniejsze terminy to był maj. A boimy się co będzie do maja.
4. Czy jest opcja, że mąż ma już jakieś przerzuty? Czy przy zdiagnozowaniu raka prostaty jest sprawdzane ciało w poszukiwaniu innych miejsc zaatakowanych przez raka? Zastanawiam się jakie badania zrobić, żeby odpowiednio wcześnie wykryć jakby się coś czaiło.
5. Czy na pewno odrzucić dr Salwę? Chcielibyśmy lekarza, który będzie lekarzem męża również po operacji w dłuższej perspektywie, a z tego co przeczytałam, to chyba niezbyt w jego przypadku to wygląda.
To chyba najważniejsze pytania. Czuję, że miałam coś jeszcze, ale najwyżej jeszcze będę pytać.
Będę bardzo wdzięczna jak ktos przebrnie przez moje wypociny i coś odpisze, bo ja jestem typem, który woli działać niż siedzieć i kminić, a czuję, że nie mogę, bo nie wiem co robić. Także proszę pomóżcie!
melduję się kolejna na forum żona młodego, bo czterdziestoletniego, faceta z rakiem prostaty.
Poniżej nasza historia:
W 2020 roku mąż często oddawał mocz, a że jest wyczulony na punkcie zdrowia poszedł do urologa, który zlecił PSA. Wyszło nieco ponad 2 i lekarz uspokajał, że to stan zapalny, szczególnie, że mąż miał wtedy 35 lat.
W 2024 podczas przeglądu zdrowia, który mamy w pakiecie w luxmedzie, mąż miał badane PSA (jest wśród badań do wykonania), które znowu wyszło podwyższone (2,77). Po raz kolejny lekarz wskazał na stan zapalny, ale mąż uparł się, żeby wykonać rezonans. W rezonansie było czysto.
10.2025 kolejny przegląd zdrowia i PSA już wyższe:
PSA 3,51 [b]ng/ml[/b]
fPSA/PSA 16%
PSA wolny 0,56 ng/ml
Rezonans w listopadzie 2025 z następującym wynikiem:
Lekarz stwierdził, że mąż jest młody, a wynik nie jest konkluzywny, więc można poczekać z pół roku. Ale mąż na szczęście wolał to sprawdzić. Założył kartę DILO, żeby wykonać biopsję. Przed biopsją powtórzył jeszcze PSA i wynosiło wtedy 3,13 (02.2026). 4 lutego miał wykonaną biopsję fuzyjną przezkroczową w Warszawie w Szpitalu św. Elżbiety, bo we Wrocławiu na NFZ nie było tak szybkich terminów. Wynik biopsji następujący:
Pomijając nowotwór (który szczególnie dla mnie był dużym zaskoczeniem, bo jakoś we mnie zawsze jest optymizm, a mąż z tych martwiących się na zapas, więc ja byłam przekonana, że wyjdzie jakieś zapalenie), to męża niepokoi, że jest zmiana w miejscu, które nie było wskazane w rezonansie, czyli jakby rozwój raka był bardzo szybki, bo różnica między rezonansem, a biopsją to niecałe 3 miesiące. Z drugiej strony jesli PSA podniesione jest od 6 lat, to wydaje się, że trochę trwał rozwój tego raka. Ale być może PSA było podniesione z innego powodu - nie jestem specem, ale tak sobie rozkminiam.
W każdym razie nie chcieliśmy snuć domysłów, tylko jak najszybciej skonsultować się z lekarzem, więc mąż udał się na wizytę prywatną do jednego z polecanych we Wrocławiu (jestesmy z Wrocławia, więc tak bylo najłatwiej i najszybciej) urologów (dr Tuchandler). Lekarz stwierdził, że biorąc pod uwagę stan psychiczny męża zaleca wycięcie raka, bo mąż wykończy się na serce z nerwów. Powiedział, że rak w tak młodym wieku może być agresywniejszy i też, że może mieć podłoże genetyczne, co dodatkowo nas zestresowało, bo mamy córkę, która te geny mogła otrzymać.
Ten lekarz nie wykonuje prostatektomi, więc zadzwonił do swojego kolegi ordynatora urologii ze Szpitala Wojskowego, dr Krzysztofa Ratajczaka, żeby ten przyjął męża jak najszybciej. W poniedziałek mąż ma wizytę.
Dodatkowo koleżanka polecała nam dr P. Salwę, więc mąż jest umówiony na wizytę na 6.03. Ale po przeczytaniu kilku wątków tego forum, mam wątpliwości czy to dobry ruch i rozważamy czy nie zrezygnować z tego lekarza. Dodatkowo koszt operacji jest bardzo wysoki i dalibyśmy radę go ponieść, ale byłby to dla nas bardzo znaczący ubytek w budżecie. Ale jeśli trzeba by było, to byśmy to ogarnęli. W każdym razie pełna pochwał strona tego lekarza nie do końca mnie również przekonuje i gdyby nie koleżanka, która bardzo polecała dr mówiąc, że jest najlepszy w PL, to pewnie byśmy go nie rozważali.
W każdym razie teraz pytania, bo czujemy się jak dzieci we mgle, mąż nie chce nic czytać, bo go to dodatkowo stresuje (dlatego też ja się tutaj uzewnętrzniam), a ja czytam dużo, bo z tego wszystkiego spać nie mogę i już sama nie wiem co robić:
1. Czy warto zrobić prywatnie badania genetyczne przed wizytą u lekarzy - będziemy chcieli wiedzieć czy to może być genetyczne ze względu na córkę, ale czy wskazane byłoby zrobić takie badanie jak najszybciej, bo to może mieć wpływ na leczenie?
2. Mąż nie rozważa innej opcji niż wycięcie "dziada" - czy teraz najlepszą opcją jest operacja robotem czy warto też rozważyć klasyczne podejście?
3. Jak długo czeka się na operację robotem da vinci na NFZ? Domyślam się, że to zalezy od miejsca, ale czy są takie gdzie lekarze mają już dosyć dobre doświadczenie, a terminy to nie jest pół roku tylko raczej tygodnie? Dla nas miejsce nie ma znaczenia, bo jak trzeba to wszędzie dojedziemy, aczkolwiek im bliżej Wrocławia tym pewnie lepiej. Jak mąż próbował prywatnie dostać się do urologów polecanych we Wrocławiu, którzy pracują również w szpitalach to najwcześniejsze terminy to był maj. A boimy się co będzie do maja.
4. Czy jest opcja, że mąż ma już jakieś przerzuty? Czy przy zdiagnozowaniu raka prostaty jest sprawdzane ciało w poszukiwaniu innych miejsc zaatakowanych przez raka? Zastanawiam się jakie badania zrobić, żeby odpowiednio wcześnie wykryć jakby się coś czaiło.
5. Czy na pewno odrzucić dr Salwę? Chcielibyśmy lekarza, który będzie lekarzem męża również po operacji w dłuższej perspektywie, a z tego co przeczytałam, to chyba niezbyt w jego przypadku to wygląda.
To chyba najważniejsze pytania. Czuję, że miałam coś jeszcze, ale najwyżej jeszcze będę pytać.
Będę bardzo wdzięczna jak ktos przebrnie przez moje wypociny i coś odpisze, bo ja jestem typem, który woli działać niż siedzieć i kminić, a czuję, że nie mogę, bo nie wiem co robić. Także proszę pomóżcie!

